Żołnierze Celtyckiego Krzyża (2)

 

Po eksplozji w Crancey zaostrzono środki bezpieczeństwa wokół osoby prezydenta de Gaulle’a. Wówczas OAS skierowała do akcji człowieka, którego profesjonalizm zdawał się gwarantować pomyślną realizację morderczych planów…

Operacja „Charlotte Corday

Podpułkownik Jean-Marie Bastien-Thiry, specjalista od uzbrojenia lotniczego (pociski rakietowe klasy powietrze-powietrze), pracownik Ministerstwa Wojny, pod wieloma względami przypominał swego wielkiego adwersarza. Wychowany w patriotycznej i katolickiej rodzinie (jego ojciec był zawodowym oficerem i działaczem gaullistowskiego RPF), nieugięty zwolennik Wielkiej Francji, podobnie jak Charles de Gaulle szczęśliwy mąż i ojciec trójki dzieci - swego czasu wierzył, wraz z rzeszą zwolenników Algerie Francaise, w opatrznościową misję Wielkiego Generała. Po jego zdradzie przeżył szok. Bastien-Thiry oddał swe umiejętności i inteligencję na usługi OAS (choć formalnie nigdy nie został członkiem Tajnej Armii). Opracował precyzyjny plan zgładzenia szefa państwa. Przedsięwzięcie otrzymało kryptonim Operacja „Charlotte Corday”.

13 lipca 1793 r. przy ulicy Cordeliers w Paryżu młoda katoliczka Charlotte Corday zakłuła nożem jednego z najokrutniejszych kapłanów rewolucyjnej Bestii, głównego architekta Wielkiego Terroru, Jeana-Paula Marata. Teraz imieniem zabójczyni tyrana ochrzczono akcję, która miała usunąć ze świata żywych apostatę idei Algierii Francuskiej.

22 sierpnia 1962 r. de Gaulle opuścił stolicę, udając się wraz z małżonką na weekendowy wypoczynek. Dostojna para jechała czarnym citroenem DS 19, zajmując tylne siedzenia. Prowadził policyjny kierowca François Marroux. Obok niego zajął miejsce zięć prezydenta, pułkownik Alain de Boissieu. Prezydencki pojazd eskortowany był przez bliźniaczy citroen DS 19 z agentami ochrony oraz parę policyjnych motocyklistów.

Na trasie przejazdu, na przedmieściu Paryża, w miasteczku Petit-Clamart, na ulicy Avenue de la Libération czekała na nich piętnastoosobowa grupa zamachowców. Byli uzbrojeni w erkaemy, pistolety maszynowe, granaty ręczne i „koktajle Mołotowa”. Mieli sześć samochodów, które miały posłużyć im do zablokowania ulicy, a potem do odskoku.

O godzinie 20.18 prezydencka kawalkada wjechała w Avenue de la Libération z prędkością ok.120 km/godz. Szybko zapadający mrok znacznie ograniczył widoczność i to prawdopodobnie ocaliło życie prezydentowi.

Oasowcy zbyt późno spostrzegli posuwający się z ogromną prędkością konwój. Nie zdołali zajechać mu drogi, ani użyć butelek zapalających i granatów. Zaskoczeni, otworzyli ogień w chwili, gdy atakowane pojazdy mijały już teren zasadzki. Senny wieczór miasteczka zakłócił nagle jazgot broni maszynowej…

W prezydencki samochód trafiło 14 pocisków. Część z nich przebiło dwie opony, kilka utkwiło w karoserii. Jeden roztrzaskał tylną szybę, przelatując w minimalnej odległości od głów pasażerów.

Kierowca „pierwszego z Francuzów” wykazał prawdziwy kunszt. Zdołał zapanować nad rozchwianym citroenem, sprawnie wyprowadził wóz z pola rażenia. Konwój szybko dotarł do Villacoublay, gdzie na de Gaulle’a oczekiwał już helikopter.

Generał Charles de Gaulle z niezmąconym spokojem wysiadł z samochodu, biorąc pod rękę roztrzęsioną małżonkę. Strzepując z garnituru okruchy szkła, skaleczył się w palec. Było to jedyne, raczej wątpliwe osiągnięcie Operacji „Charlotte Corday”.

„Wielki Nieśmiertelny”

De Gaulle zyskał sobie przydomek „Wielkiego Nieśmiertelnego”. Nie raz ocierał się o gwałtowną śmierć. Podczas wojny, 21 kwietnia 1943 r., pilot jego samolotu (oddanego do dyspozycji wodza Wolnych Francuzów przez rząd Jego Królewskiej Mości) w ostatniej chwili przed startem z londyńskiego lotniska Hendon, odkrył niesprawność sterów. Okazało się, iż drążek steru wysokości był pęknięty na skutek żrącego działania kwasu, użytego przez nieznanego sabotażystę. Angielscy sojusznicy natychmiast pospieszyli z gorącymi zapewnieniami, iż zamach był dziełem niemieckiego wywiadu (dziś wiemy, że nie ma na to potwierdzenia w dokumentach Abwehry). De Gaulle miał chyba inne zdanie, niż jego londyńscy gospodarze - nigdy już nie skorzystał z transportowych usług brytyjskiego lotnictwa, wykazując przezorność, której zabrakło innemu emigracyjnemu przywódcy, Władysławowi Sikorskiemu

Po wojnie przeżył aż 31 zamachów na swoje życie. Ocalenie zawdzięczał równie często niekłamanemu profesjonalizmowi ochroniarzy, jak i nieprawdopodobnemu szczęściu. Poza wyjątkami (desperacka próba zabójstwa dokonana przez weterana Marine Nationale, obwiniającego przywódcę Wolnych Francuzów o przyczynienie się do zniszczenia vichystowskiej floty przez Brytyjczyków podczas II wojny światowej), akcje podejmowali na ogół zwolennicy Algierii Francuskiej.

Pół roku po strzelaninie w Petit-Clamart, w lutym 1963 r. prezydent wizytował szkołę wojskową, słynną École militaire na Polach Marsowych. Na strychu sąsiedniego budynku miał czekać nań snajper OAS, wyposażony w karabin z celownikiem optycznym (był nim Georges Watin, były podwładny Bastiena-Thiry’ego z ulicy Avenue de la Libération). Trzy miesiące później, podczas wizyty generała w Atenach, polował nań agent OAS, wyposażony w przemyślnie skonstruowany aparat fotograficzny, przystosowany do wystrzeliwania pocisków. Wcześniej na rozkazy zwolenników Algierii Francuskiej zgłosił się pilot prywatnej awionetki, chętny do przeprowadzenia ataku w stylu kamikadze – staranowania w powietrzu prezydenckiego helikoptera (zdołał przechwycić nad algierskim portem lotniczym Blida armadę śmigłowców de Gaulle’a i jego eskorty, nie zdecydował się jednak na atak, gdyż nie wiedział, w której maszynie znajdował się szef państwa). Znaleźli się nawet fanatycy, gotowi zatruć komunię świętą, którą generał miał przyjąć podczas Mszy w Colombey - les - DeuxEglises (od pomysłu szczęśliwie odstąpiono).

Ostatnia próba zamordowania de Gaulle’a miała miejsce 1 lipca 1966 r. na Bulwarze Montparnasse. Samochód prezydenta minął zaparkowaną obok szosy ciężarówkę, wyładowaną toną (!) dynamitu. Wybuch jednak nie nastąpił. Zamachowcy, studenci z konkurencyjnej wobec OAS Rady Oporu Narodowego, siedzieli już pod kluczem, zatrzymani podczas akcji ekspropriacyjnej w noc poprzedzającą zamach. 

Zagłada harkis

Bomby i pistolety maszynowe OAS nie ocaliły Algierii Francuskiej. W 1962 r. Paryż nakazał odwrót. Wraz z ustępującą administracją kraj opuściło, pozostawiając w nim dorobek kilku pokoleń, milion trzysta pięćdziesiąt pięć tysięcy białych, francuskojęzycznych Algierczyków.

W wojnie algierskiej 1954-1962 zginęły setki tysięcy ludzi. Pierwsze francuskie dane oficjalne potwierdzały śmierć 223.744 osób. FLN początkowo utrzymywał, iż zwycięstwo okupione zostało śmiercią 300.000 samych tylko muzułmanów, by szybko podnieść tę liczbę do miliona, następnie półtora miliona zabitych.

Szczegółowa analiza danych prowadzi do wniosku,  zginęło najpewniej ok. 350.000 ludzi. Francuscy wojskowi wzięli z tego na swe sumienia 141.000 zabitych mahometan, uznanych za partyzantów, przy stratach własnych sięgających 17.456 poległych (wliczając w to 1.976 legionistów cudzoziemskich oraz 5.000 islamskich harkis). Kolejnych 12.000 partyzantów padło ofiarą czystek i walk między różnymi frakcjami „ruchu wyzwoleńczego”. Straty „uboczne” wśród ludności cywilnej (ofiary bombardowań, ostrzału artyleryjskiego, wymiany ognia na terenach zamieszkałych itp.) mogły sięgać lub przekroczyć liczbę 100.000 zabitych.

Podczas wojny FLN dokonał eksterminacji 66.000 ludności cywilnej na terenie Algierii oraz 4.300 w metropolii. Aż 95 proc. zamordowanych cywilów (łącznie 67.000) było algierskimi muzułmanami, uznanymi za „kolaborantów” bądź sympatyków „niesłusznych” frakcji „ruchu wyzwoleńczego”.

Tragiczny był powojenny los mahometańskich żołnierzy walczących u boku Francuzów - harkis, magzhens, członków „komand myśliwskich” (Commando de Chasse) i Grup Samoobrony (GAD). Przez szeregi przewinęło się ich łącznie 200.000 (tyle samo, co w FLN!). Wraz z rodzinami tworzyli 1,5-milionową społeczność. Było również 250.000 muzułmańskich urzędników oraz ich rodziny. Jedynie 25.000 islamskich sympatyków Francji (gł. z okolic Konstantyny) zdołało przedostać się do metropolii. Pozostali padli ofiarą okrutnej zemsty.

Przy biernej postawie francuskich garnizonów, obecnie zainteresowanych jedynie własną ewakuacją, zwycięscy nacjonaliści z FLN rozpoczęli rzeź „kolaborantów”. Na porządku dziennym było krzyżowanie, obcinanie kończyn, nosów, uszu, kastrowanie, rzucanie żywych jeszcze, okaleczonych kadłubów na pożarcie psom, włóczenie samochodami, zapędzanie na pola minowe, rozstrzeliwanie… Liczbę ofiar tej potwornej épuration szacuje się na minimum 30.000 (wielu badaczy mówi o 150.000, a nawet 200.000 zamordowanych). Francuskie dowództwo obojętnie przyglądało się zagładzie islamskich towarzyszy broni, więcej, niejednokrotnie kierowało swe oddziały do rozbrajania harkis! Polski historyk Roman Marcinek, autor znakomitej monografii Legii Cudzoziemskiej, najlepiej podsumował haniebną postawę Paryża: „I to był ten moment, gdy Francja ostatecznie przestała być mocarstwem, stając się kupieckim kraikiem zamykającym oczy w chwilach, gdy to wygodne. Dla mnie ta postawa jest gorsza od wydania współobywateli pochodzenia żydowskiego w ręce nazistów. Wówczas Francja była zniewolona, wydana na żer kolaborantom i kryminalnej szumowinie. W roku 1962 była wolnym, demokratycznym państwem, które okazało się niezdolnym do godnego zachowania”.

Jedyny godny, by umrzeć

Tymczasem w metropolii trwał pościg za uczestnikami Operacji „Charlotte Corday”. Trwające szereg miesięcy śledztwo, prowadzone ogromnym nakładem sił i środków przyniosło rezultat; rozpoczęły się aresztowania. W styczniu 1963 r. przed sądem wojskowym w forcie Vincennes stanęło dziewięciu oskarżonych. Dalszych sześciu sądzono zaocznie. Sędziowie nie dali wiary obrońcom, którzy usiłowali dowieść, iż celem akcji było „jedynie” porwanie szefa państwa. Adwokatom nie ułatwiła zadania postawa Bastiena-Thiry’ego, który porównał swój czyn do zamachu na kanclerza Hitlera dokonanego przez pułkownika Clausa von Stauffenberga. Również komunikat Biura Prasowo-Informacyjnego CNR-OAS, wydany nazajutrz po zamachu, nie pozostawiał żadnych wątpliwości, co do intencji zamachowców:

„Dnia 13 lipca 1962 r. generał de Gaulle został skazany na karę śmierci za zdradę główną przez Trybunał Wojskowy. (…) Gdy ten człowiek, winny krzywoprzysięstwa i najwyższej zdrady zostanie zlikwidowany, gdy niezbite dowody jego zbrodni i zbrodni jego wspólników zostaną ujawnione, cały kraj będzie wiedział, co zawdzięcza tym żołnierzom, którzy nie cofali się przed najwyższym poświęceniem, aby wykonać swą misję obrony ludu i Republiki.”

Wszyscy oskarżeni zostali uznani winnymi uczestnictwa w spisku i zbrojnym zamachu. Zapadło dziewięć wyroków więzienia w wymiarze od trzech lat do dożywocia, oraz sześć kar śmierci (w tym trzy zaoczne). De Gaulle ułaskawił skazanych na śmierć, z jednym wyjątkiem. Odmówił darowania życia dowódcy Operacji „Charlotte Corday”, podpułkownikowi Bastienowi-Thiry’emu.

Zaledwie dwa lata wcześniej Charles de Gaulle osobiście dekorował Bastiena-Thiry’ego Krzyżem Rycerskim Legii Honorowej. Teraz, odrzucając wniosek o ułaskawienie pułkownika, kierował się zagrożeniem, jakie zamachowcy stworzyli dla osób postronnych, w tym dla pierwszej damy. Miał też za złe dowódcy zamachowców zaangażowanie w wewnątrzfrancuskie porachunki trzech emigrantów węgierskich, byłych żołnierzy Legii Cudzoziemskiej.

11 marca 1963 r. o godzinie 4 w celi fortu Ivry obudzono skazańca. Został poinformowany, że prezydent nie skorzystał z prawa łaski. Egzekucja miała odbyć się natychmiast.

Podpułkownik zagadnął o skazanych towarzyszy broni. Uzyskał zapewnienie, iż jedynie on sam zapłaci głową. Wypił poranną kawę. Dłuższą chwilę spędził na rozmowie z kapelanem.

O godzinie 6.40 przywiązano go do słupa egzekucyjnego na dziedzińcu fortu. Oczy zasłonięto opaską. Na życzenie skazańca wsunięto mu w dłoń różaniec.

Słowa kapelana odmawiającego ostatnią modlitwę zagłuszył na moment huk karabinowej salwy. Następnie dowódca plutonu egzekucyjnego dobił skazańca strzałem z rewolweru…

Requiem dla patrioty

Wycofanie się Francji z Algierii zakończyło działalność OAS-Algieria-Sahara. Bojownicy z OAS-Metro prowadzili walkę do końca 1963 r. Ogółem z rąk członków Tajnej Armii poniosło śmierć 1200 osób - policjantów (ok. 500), żołnierzy i cywilów. Organizacja wykruszała się na skutek akcji represyjnych, terrorystyczne metody wywoływały sprzeciw nawet w szeregach ideowych sympatyków. Ocaleli bojownicy uchodzili z Europy, poza zasięg rażenia francuskiego wywiadu. Wielu zaciągnęło się do oddziałów prezydenta Czombego w Kongo, dławiących komunistyczną rebelię; w następnych latach będą bronili biafrańskich katolików przed inwazją nigeryjskich muzułmanów, zaoferują też swe specyficzne usługi rządom w Madrycie, zmagającym się z terroryzmem ETA oraz w Buenos Aires, odpierającym ofensywę lewackiej guerilli

Możemy tylko domniemywać, jak potoczyłyby się losy Francji, gdyby OAS zdołała zrealizować swój „królobójczy” zamiar. Siły Organizacji były za słabe do przeprowadzenia Kontrrewolucji Narodowej. Sympatie społeczeństwa przesunęły się już wyraźnie w lewo. Trudno powstrzymać się od wyrażenia obawy, czy następstwem udanego zamachu na prezydenta nie byłaby dezintegracja francuskiej prawicy, a w konsekwencji zagarnięcie władzy przez, mniej lub bardziej wyraziste, siły lewicowe…?

***

Niedoszły zabójca prezydenta de Gaulle’a, podpułkownik Bastien-Thiry oddał życie za Algierię Francuską, którą uważał za nieodłączną część swej ojczyzny. Wielu stawiało mu zarzut, iż nie rozumiał zmian zachodzących w świecie, że był zaślepionym szaleńcem próbującym powstrzymać bieg dziejów. Inni wszakże kochali go z tego samego powodu. Zanotowano zadziwiającą wypowiedź Charlesa de Gaulle’a, będącą prawdzie rycerskim ukłonem, złożonym pokonanemu wrogowi:

„Francuzi potrzebują męczenników. Ale muszą dobierać ich ostrożnie. Mógłbym dać im jednego z tych zidiocianych generałów, zabawiających się grą w piłkę w więzieniu w Tiulu. Dałem im Bastiena-Thiry’ego. Będą potrafili zrobić z niego męczennika. A on zasługuje na to!”

 

Koniec

 

„Myśl Polska” z 7 października 2007 r.

 

Copyright by Andrzej Solak

www.krzyzowiec.prv.pl