Zbrodnia w Malinie (cz.1)

 

W modnych ostatnio w naszym kraju „rewizjach historii”, w jej przewartościowaniach w duchu „politycznej poprawności”, dominuje nurt masochistyczny. Można odnieść wrażenie, iż rodzime ośrodki badawcze, w rodzaju Instytutu Pamięci Narodowej, padły ofiarą infiltracji ze strony sekty biczowników... Oprócz standardu – swoistych adresów przebłagalnych za prawdziwe i rzekome krzywdy Żydów – wielce popularne stało się roztrząsanie niedoli Ukraińców i Niemców. Kilka lat temu wychynął problem, który miał wszelkie szanse zatruć stosunki polsko-czeskie...

W 1998 r. w kwartalniku „Karta” nr 24 ukazał artykuł dr Grzegorza Motyki, historyka związanego z IPN, pt. „Polski policjant na Wołyniu”, oskarżający Polaków (konkretnie: polską policję pomocniczą, sformowaną przez niemieckiego okupanta) o wymordowanie wespół z Niemcami czeskiej kolonii Malin na Wołyniu, w lipcu 1943 r. Ofiarami masakry miało paść 624 Czechów i 124 Ukraińców (co, wedle dr Motyki, „potwierdzają inne źródła”). Autor powołał się na Lwa Szankowśkiego, emigracyjnego historyka ukraińskiego z Kanady, ponoć „jednego z najlepszych znawców dziejów UPA”.

Wołyńscy Czesi stanowili prężną, dobrze zorganizowaną społeczność. W 1939 r. na Wołyniu usytuowanych było 50 czeskich kolonii, ponadto mniejsze skupiska Czechów występowały w blisko 500 innych miejscowościach. Czesi z Wołynia byli lojalnymi obywatelami II Rzeczypospolitej. Po wybuchu wojny ich konspiracyjna, antyniemiecka organizacja „Blanik” działała w 102 osiedlach. Wobec konfliktu polsko-ukraińskiego Czesi na ogół starali się zachować neutralność, choć częste były przypadki współdziałania czeskich oddziałów samoobrony z polską partyzantką, we wspólnej walce przeciw ukraińskim szowinistom. Werbunek Czechów do szeregów Ukraińskiej Powstańczej Armii zakończył się fiaskiem – zgłosiło się zaledwie 10 ochotników. Niewypałem okazała się też próba stworzenia proupowskiej Czeskiej Powstańczej Armii (CzPA). Z rąk terrorystów UPA zginęło nie mniej niż 342 Czechów z Wołynia.

Polscy „szucmani”

Podczas okupacji Wołynia Niemcy tworzyli tam oddziały policji pomocniczej, tzw. Schutzmannschaften. Służyli w nich zarówno Ukraińcy (wg różnych autorów od 5000 do 12000), jak i Polacy (ok. 2000-2200). Formacje te były silnie zinfiltrowane przez miejscowe organizacje podziemne, czego dowodem masowe dezercje – „szucmanów” ukraińskich do UPA, polskich do AK.

Policja ukraińska znana była z niebywałego okrucieństwa. W ogromnym stopniu to jej rękami Niemcy przeprowadzili eksterminację dwustutysięcznej społeczności wołyńskich Żydów. Ukraińscy policjanci z entuzjazmem przeprowadzali też niezliczone pacyfikacje polskich wiosek.

Jednak w tekście „Polski policjant na Wołyniu” dr Motyka przytacza szereg negatywnych opinii o działaniach „szucmanów” polskich. Najbardziej szokująco brzmią twierdzenia historyków ukraińskich: wspomnianego już L. Szankowśkiego (prócz wymordowania Czechów i Ukraińców w Malinie, przypisuje też polskiej policji zabicie „kilkuset Ukraińców” w Hubce) oraz Wołodymyra Kosyka (ten z kolei zarzuca polskim policjantom eksterminację 70 Ukraińców we wsi Dermań). Zdaniem Motyki na Wołyniu działały trzy bataliony polskiej policji (w tym jeden sprowadzony z Generalnego Gubernatorstwa), łącznie co najmniej 1500 ludzi, nie licząc obsady sieci posterunków wiejskich.

Jak wygląda rzetelność autorów tych oskarżeń, powiem za chwilę. Zauważmy jednak od razu, że z patriotyzmem polskich funkcjonariuszy Schutzmannschaften nie było najgorzej; dowodem liczne bunty i przejścia z bronią w ręku do partyzantki polskiej bądź sowieckiej (Motyka przyznaje, że do samej 27 Wołyńskiej Dywizji AK zgłosiło się aż 700 byłych „szucmanów”, po buncie w Jarmolińcach Niemcy rozstrzelali 60 polskich policjantów itd.).

W wyniku ustaleń m.in. Ewy i Władysława Siemaszków wiemy też, że na Wołyniu w operacjach przeciw UPA i partyzantce sowieckiej uczestniczył w rzeczywistości tylko jeden batalion polskiej policji – ów sprowadzony z GG Schutzmannschaftsbataillon 202 (w sile 360 ludzi, wliczając grupę niemieckich oficerów i podoficerów). Ponadto spośród ocalałych mieszkańców wyrżniętych osiedli Wołynia Niemcy sformowali batalion Schutzmannschaftbataillon 107 (służyło w nim 450 Polaków, którzy nie uczestniczyli w żadnych walkach na Wołyniu i którzy już po kilku miesiącach, po rozbrojeniu niemieckich oficerów, w całości przeszli do AK). Wymieńmy jeszcze załogi posterunków policyjnych w łącznej sile do 1500 funkcjonariuszy.

„Partyzanci UPA”?

Motywy Polaków wstępujących do formacji Schutzmannschaften są oczywiste dla każdego człowieka znającego realia ówczesnego Wołynia. Ludzie ci szukali możliwości obrony, siebie i swych sąsiadów, przed szalejącym terrorem ukraińskim. Niestety, w tekście doktora Motyki nie znajdziemy ani słowa o ludobójstwie autorstwa OUN-UPA! Oto jak naukowiec, powiązany z Instytutem Pamięci (!) Narodowej (?), przedstawia tło tamtych wydarzeń:

„Wiosną 1943 r. na Wołyniu banderowska frakcja Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów (OUN) i podległe jej oddziały Ukraińskiej Powstańczej Armii (UPA) rozpoczęły na szeroką skalę walki partyzanckie z Polakami, Niemcami i Sowietami (podkreślenie moje – A.S.).

W następnych zdaniach zapoznajemy się z przebiegiem akcji UPA przeciw niemieckiej administracji, czytamy wzmianki o „uniemożliwianiu ściągania kontyngentów” oraz o „ograniczeniu władzy Niemców do większych miast i głównych szlaków komunikacyjnych”. Jest też opis reakcji Niemców – wybijanie całych wsi ukraińskich i masowe egzekucje. Poprzez takie naświetlenie problemu Czytelnik odruchowo zaczyna odczuwać sympatię do UPA...

Wreszcie docieramy do wątku polskich „szucmanów”: „Władze niemieckie postanowiły wykorzystać przeciwko Ukraińcom także Polaków, co ułatwiła im prowadzona przez OUN-UPA krwawa akcja antypolska (podkreślenie moje – A.S.).

W artykule Grzegorza Motyki UPA prowadzi zatem „walki partyzanckie”, co najwyżej „krwawe akcje”. ZBRODNIE popełniają tylko Niemcy i Polacy... Mamy tu do czynienia z ewidentną manipulacją. Trudno w to uwierzyć, ale wyrżnięcie dziesiątków tysięcy nieuzbrojonych polskich cywilów przez UPA dr Motyka raczył określić mianem „walk partyzanckich z Polakami” (!!!). Potem wprawdzie pada określenie: „krwawa akcja antypolska” – jednak poprzedzone akapitem o działaniach antyniemieckich UPA. W efekcie niezorientowany w temacie czytelnik nie pojmie, że „krwawa akcja antypolska” oznacza ludobójstwo ludności cywilnej (wszak „walki partyzanckie”, zwłaszcza „rozpoczęte na szeroką skalę”, z założenia są „krwawymi akcjami”, nieprawdaż?). Ów czytelnik nie ma więc szansy zrozumieć motywów postępowania tych wołyńskich Polaków, którzy przyjęli podsuniętą im przez Niemców broń.

Relacja policjanta

Tekst Motyki miał pełnić rolę przedmowy do opublikowanej w tym samym numerze „Karty” „Relacji policjanta” – obszernego, anonimowego zeznania świadka historii, podającego się za byłego funkcjonariusza Schutzmannschaftsbataillon 202, sformowanego przez Niemców batalionu polskiej policji, operującego na Wołyniu w latach 1943-1944.

Jeśli założyć, że autor relacji jest rzeczywiście tym, za kogo się podaje, a opisane wydarzenia odpowiadają prawdzie, to z „Relacji policjanta” wyłania się obraz całkowicie różny od przedstawionego w szkicu Motyki. Oto jak eks-policjant wspomina swych towarzyszy broni:

„Nikt o niczym innym nie mówił, jak tylko o tym, by nawiązać nić z partyzantami i przedostać się do Rosji i następnie połączyć się z polską armią, jaka podobno miała być w Rosji, lub może i do Anglii.”

Policjanci traktowani są przez ludność polską jako jej wierni obrońcy:

„W Łucku Polacy przyjmują nas wprost z entuzjazmem. Opowiadają nam o terrorze Ukraińców.”

„Nasi polegli koledzy leżą na podwyższeniu, toną oni wprost w powodzi kwiatów i wieńców, które ofiarowała wdzięczna bez granic ludność polska.”

Tymczasem zarządzenia niemieckiego okupanta, przychylnego Ukraińcom, uniemożliwiają skuteczne działania:

„Ludność ze łzami błaga nas o pomoc, której udzielić nie możemy. Dowódca nasz bowiem nie ma prawa mieszać się w rządy Ukraińców.”

„... idiotyczny rozkaz: nie wolno nam strzelać, chyba że otrzymujemy pierwsi ogień.”

„Codziennie słyszymy o bestialskich mordach stosowanych na Polakach po okolicznych wsiach. [...] Po każdej takiej wiadomości wyruszamy natychmiast na miejsce zbrodni. [...] Wchodzimy do wsi, podczas gdy Ukraińcy wszyscy uciekają przez pola w przeciwnym kierunku, nam zaś nie wolno za nimi strzelać.”

Bezkarni bandyci UPA są coraz zuchwalsi i brutalniejsi:

„Pewnego razu przybiega do nas dziewczynka dwunastoletnia z płaczem, że całe jej rodzeństwo wymordowali [...] wyruszamy furmankami na miejsce. Jest to wieś Stryłki, 4 km od Klewania, tu oczom naszym przedstawia się widok straszny. Zgliszcza dymią jeszcze. [...] zaczynają się schodzić ludzie, którzy zdołali uciec. Z lamentem przypadają do swych małych dzieci, które leżą w kałuży krwi. Większość pomordowanych spalona jest wśród gruzów. Znajdujemy też dużo ofiar leżących koło domów. Wszyscy są w okrutny sposób zamęczeni. Mężczyźni z oderżniętymi genitaliami, kobietom wpychają flaszki, kamienie. Obrzynają palce, języki nosy, wbijają kołki drewniane w mózg lub szyję.”

Przybywające z odsieczą polskie patrole policyjne są często atakowane:

„Patrol ten wpadał w ciężką zasadzkę [...] Każdy był ranny i mordowany później – mieli oni nosy poodrzynane, palce które później do ust im wpychano – lub żywcem w płonące auta rzucony.”

Wreszcie miarka się przebrała. Nastaje czas odwetu. Polscy policjanci nie dają pardonu:

„Wieś Podłużne zostaje okrążona i spalona, ludność wystrzelana. Złazno – spalona do jednej chałupy. Wieś Stawki, na pół spalona przez nas [...] Wieś Japołoć, miejsce trzykrotnej zasadzki, spalona, kobiety, dzieci wystrzelane. [...] Silne ognisko bandyckie, wieś Hołowin, również po zasadzce, po części spalona. Palimy w każdej wsi w pierwszym rzędzie młyny i cerkwie, tak że wkrótce w promieniu kilkunastu kilometrów nie ma nigdzie młyna, ani cerkwi, ani popa... [...]” (cyt. za: „Relacja policjanta”, podali do druku Grzegorz Motyka i Marek Wierzbicki, „Karta” nr 24).

Daleki jestem od relatywizowania okrucieństw, szufladkowania masakr kobiet i dzieci na „godne potępienia” i „usprawiedliwione okolicznościami”. Ale widać wyraźnie, że to nie żadne „rozpoczęcie walk partyzanckich” przez UPA wyzwoliło wśród Polaków demona zemsty. To te dzieci, leżące w kałużach krwi, to ich okaleczeni rodzice, to bezkarność rezunów...

Dobrze byłoby, by ktoś wreszcie, raz na zawsze, dokładnie oszacował liczbę ofiar polskiej zemsty – wszystkich akcji odwetowych naszej partyzantki, samoobrony, policji. Dla samego Wołynia różni autorzy podają od kilkuset do dwóch tysięcy zabitych Ukraińców. Stanowi to od 1 do 3 proc. ofiar polskich. Zdaniem ukraińskiego historyka Wiktora Poliszczuka, w latach wojny na całym obszarze Rzeczypospolitej zginęło z rąk Polaków 4000 ukraińskich cywilów. Według jego obliczeń liczba „nieposłusznych” Ukraińców zamordowanych przez UPA była dwudziestokrotnie większa, nie wspominając o trzydziestokrotnie większej liczbie Polaków (łącznie dwieście tysięcy ofiar terroru UPA!).

A jednak Niemcy

Pora wrócić do zagłady czeskiej kolonii Malin, do zbrodni, którą dr Grzegorz Motyka z IPN, w ślad za Lwem Szankowśkim, przypisał polskiej policji. Zaiste, gdyby zarzut odpowiadał prawdzie, sumienia Polaków obciążałaby jedna z najohydniejszych pacyfikacji na tym terenie. W rok po publikacji Motyki, w „Karcie” nr 28 (1999) ukazał się list dr Adama Cyry z Państwowego Muzeum w Oświęcimiu, będący reakcją na rewelacje autora „Polskiego policjanta na Wołyniu”. W liście przybliżono nam fragment referatu Jaroslava Meca, przedstawiciela Stowarzyszenia Czechów Wołyńskich, wygłoszony na sympozjum „Ludobójstwo i wygnania na Kresach” w Centrum Dialogu i Modlitwy w Oświęcimiu.

Tenże Jaroslav Mec, przedstawiając męczeństwo wołyńskich Czechów podczas II wojny światowej, opisał zagładę Malina „największą tragedię wołyńskich Czechów”. Sprawcami zbrodni byli Niemcy, którzy „spędzili mieszkańców do cerkwi, szkoły i niektórych budynków, po czym polali je benzyną i zapalili”. Również liczba ofiar, podana przez Motykę, nie odpowiada prawdzie. Zginęło bowiem 374 Czechów (w tym 105 dzieci), poza tym 132 ich ukraińskich sąsiadów oraz 26 Polaków.

Jak zauważył dr Cyra: „... Jaroslav Mec, który przeżył wojnę na Wołyniu, oraz Stowarzyszenie, które reprezentował, najlepiej orientują się, kto dokonał mordu na mieszkańcach Czeskiego Malina.”

Obok listu Cyry zamieszczono też ripostę Motyki. Ten ostatni podziękował oponentowi za wypowiedź „w dyskusji, która przybliża nas do historycznej prawdy”, choć też zrugał go za „pewną gwałtowność, z jaką broni polskiej policji przed zarzutem udziału w spaleniu Malina”.

Motyka usprawiedliwił się, że wzmianki o udziale Polaków w pacyfikacji Malina znalazł, poza książką Szankowśkiego, w liście prawosławnego biskupa Platona (Ukraińca) do biskupa Polikarpa oraz w kronice prawosławnego księdza Maksyma Fedorczuka (takoż narodowości ukraińskiej). Równocześnie jednak zmuszony był zacytować wzmiankę z konspiracyjnego pisma polskiego „Wschód”, z opisem przebiegu zbrodni, w którym jednoznacznie wskazano na odpowiedzialność Niemców. Motyka zastrzegł się, że nie neguje źródeł czeskich, zaś zaistniałą rozbieżność „wytłumaczył” na dwa sposoby: „obecności Polaków Czesi mogli nie zauważyć”, bądź też „polska policja miała tak krwawą renomę wśród ludności ukraińskiej, że ta, słysząc o pacyfikacji, nie wyobrażała sobie nawet, by w niej nie wzięli udziału Polacy”...

Dr Cyra nie skomentował innych zarzutów stawianych polskim policjantom, popełnienia zbrodni na ukraińskiej ludności cywilnej, w innych niż Malin miejscowościach. O dziwo, ta powściągliwość dała Motyce asumpt do złośliwych dociekań pod adresem oponenta: „Czyżby zatem uważał, że zabójstwo Czechów jest dla tej formacji bardziej kompromitujące niż zabijanie nie mających nic wspólnego ze zbrodniami OUN-B cywilnych Ukraińców?” – suponował.

Dalibóg, trudno doszukać się w tej insynuacji jakiejś logiki. Cyra nie zajął się przecież oceną całokształtu działań polskiej policji na Wołyniu. Sprostował jedynie nieprawdziwą informację o Malinie. Inna rzecz, że gdyby zarzut wymordowania Czechów okazał się fałszywy, to i inne akty oskarżenia ukraińskich (i filoukraińskich) historyków należałoby traktować ostrożnie. Jednak na szczególną uwagę zasługuje wzmianka o „zbrodniach OUN-B” w ostatnim zacytowanym zdaniu. Otóż biorąc pod lupę oba omawiane tu teksty Grzegorza Motyki („Polski policjant na Wołyniu” oraz odpowiedź na list Cyry), ich autor w tym miejscu jeden, jedyny raz pisze o ZBRODNIACH nacjonalistów ukraińskich – nie zaś o jakichś „walkach partyzanckich”, czy też „akcji antypolskiej”...

Cdn.

"Głos Kresowian" nr 20